29 marca 2012

Uwaga, zła nazwa firmy!

fot. www.absurdy.net
Liczy się pierwsze wrażenie – powtarzamy często. W przypadku firm – pierwsze wrażenie na potencjalnych klientach robi przede wszystkim nazwa. Wymyślenie dobrej, chwytliwej marki, będącej pozytywną „etykietą” danego przedsiębiorstwa, nie jest jednak wcale łatwe. Nawet najwięksi gracze zaliczają czasem wpadki.

Nazewnicze zgrzyty
- Szambo Jet, Tani Armani, Skarpetex, Ubojnia drobiu „Exodus”, Hurtownia Odzieży Używanej Twój Udany Start, Dom Weselny Mezalians, Gniotpol, Firma Krzak, Biuro Matrymonialne Omen – choć niektóre z tych nazw firm brzmią jak kiepski żart, wszystkie są autentyczne. Fora internetowe wprost roją się od przytaczanych przez internautów przykładów tego typu „kwiecistych” dowodów inwencji nazewniczej. Ich autorom i właścicielom wspomnianych przedsiębiorstw nie chodziło jednak chyba na starcie o taką właśnie formę rozgłosu. Przecież nazwa to podstawowa „etykieta” przedsiębiorstwa. To właśnie ona pojawia się we wszelkiej firmowej korespondencji, na dokumentach firmowych, wizytówkach, ulotkach, flocie czy siedzibie. To ją wymawiać będą każdorazowo nasi pracownicy odbierając służbowy telefon, to ona pojawi się w adresie każdego firmowego maila. Uzmysłowienie sobie tego, być może uchroni nas od popełnienia błędu. Warto też, profilaktycznie, przyjrzeć się błędom innych. A jest czemu się przyglądać.

1. Cudze chwalicie
Błędów popełnianych podczas wybierania firmowych nazw jest wiele. Jeden z nagminnych – to na pewno chęć nadania jej „zagranicznego” wydźwięku. W wielu przedsiębiorcach tkwi jeszcze przekonanie, że nazwa brzmiąca np. z angielska, nobilituje i sprawia, że potencjalni kontrahenci czy klienci będą ich traktować poważniej. Czasem bywa jednak na odwrót, szczególnie kiedy klienci zwyczajnie nie zrozumieją, czym tak naprawdę para się firma, która się z nimi kontaktuje. Niewielu z nich, w codziennej bieganinie, zada sobie trud sprawdzenia nieznanej nazwy. Zupełnie niewybaczalny jest przypadek, gdy do nazwy zakradnie się nieintencjonalny błąd czy literówka. Pamiętajmy, że nazwa powinna być przyjazna, łatwa do wymówienia przez telefon i zapisania. Nie ma nic gorszego niż firma, która „robi byki” we własnej nazwie, we własnej korespondencji służbowej. Niezręcznym pomysłem jest też próba łączenia języka obcego z ojczystym i tworzenia w ten sposób językowych łamańców,  jak np. w przypadku  Oknodoor –  firmy oferującej okna i drzwi PCV.

2. A imię jego…
Częstą praktyką, szczególnie w przypadku właścicieli niewielkich firm, jest także włączanie do nazwy własnego imienia. Początkujący biznesmeni być może myślą, że nadają w ten sposób swemu przedsiębiorstwu indywidualny rys. Tymczasem, przeważnie jest odwrotnie - raczej upodobniają je do wielu innych. W branży budowlanej roi się więc od Stefbudów, Andbudów, a w medycznej spotkamy niejeden Witmed czy Adent. Czasem nazywający idą o krok dalej, próbując połączyć imiona wszystkich właścicieli firm lub np. swoich dzieci. Sięganie po rodzinne imiona to oklepany patent, gdy w głowie pustka, a firmę trzeba jakoś nazwać. Tak chyba było np. w przypadku nazwy KrzyśAnBud. Efekt – nie zawsze bywa czytelny i pasujący do profilu przedsiębiorstwa.

Jak razem zamieszkać i nie zwariować?


Masz więc dziewczynę i chcesz z nią zamieszkać. Gratuluję! Teraz będziesz jadł warzywa, ekologiczną żywność i będziesz spał w czystej, pachnącej fiołkami pościeli. Co zrobić, żeby wejść w stan tej kohabitacji w miarę bezboleśnie?

1. Wszystko od zera.
Jeśli wprowadzisz się do niej lub ona do ciebie, to prawdopodobnie jedno z was będzie się czuło jak na obcym terenie. Spróbujcie znaleźć wspólnie takie mieszkanie, które będzie się podobać wam obojgu.

2. Poświęć się.
Żeby zdobyć zaufanie, musisz pozbyć się czegoś, co kochasz. Wybierz cokolwiek - może to być jakiś gadżet lub... twój współlokator. Zrób z tego przedstawienie. Możesz nawet płakać. Wszystko po to, żeby ona wiedziała, jak bardzo ją kochasz i na jakie poświęcenie jesteś gotów.

3. Planuj.
Nic tak nie psuje "przeprowadzkowego" nastroju jak zdanie: "Kochanie, zobacz, co kupiłem do naszego nowego mieszkania." Pamiętaj: zanim coś kupisz, porozmawiaj o tym z partnerką. Jeśli chcesz zaszaleć narysuj na podłodze makietę, żeby uniknąć bałaganu powstałego w wyniku złego doboru mebli.

4. Pomalujcie razem mieszkanie.
To może być całkiem inspirujące i podniecające. To, co może zdarzyć się później na stosie farb, także.

5. Co z telewizorem?
Jeśli twój odbiornik ma więcej niż 50 cali, to znaczy, że to ty masz problem. Tak duży mebel jest mało ustawny i... zbyt krzykliwy (chyba że kupiłeś 300-metrowy penthouse). Jeśli chcesz zamieszkać w przytulnym, atrakcyjnie, artystycznie urządzonym M3, to kup mniejszy sprzęt.

6. Dobijaj targu!
Słyszałeś o kompromisie? Jeśli zatem ona będzie chciała kupić do łazienki ten obrzydliwy, różowy dywanik z długim, plątającym się miedzy palcami włosiem, zaznacz, że ty będziesz wtedy mógł oglądać Ligę Mistrzów w bokserkach. I Puchar Polski. I jeszcze zagraniczne mecze ligowe.

(Łukasz Gnat)

Paryż za 100 Euro

Jak przetrwać 5 dni w mieście zakochanych, mając 100 euro w kieszeni? Wydaje Ci się to niemożliwe? A jednak! Najważniejsze są chęci, dobry humor i oczywiście zgrana paczka przyjaciół.

Samolotem za grosze
Zbierz ekipę. Nieważne, czy będzie to 5, 10 czy 15 osób. Ważne, by byli zakochani w Paryżu i od lat marzyli o tym, by zobaczyć to miasto.
To oczywiste, że transport autobusem jest bez sensu. Na stronach internetowych linii lotniczych łatwo o promocje. Poszukiwania rozpocznij jak najwcześniej (najlepiej 3-4 miesiące przed wylotem). Śledź uważnie szybko zmieniające się ceny po to, by w odpowiednim momencie „zaklepać” bilety (w obydwie strony). Jeśli trafisz na okazję, to możesz lecieć tam i z powrotem już za około 150 zł! Wykup tylko jeden duży bagaż. Do wielkiej torby wszyscy włożycie trochę jedzenia, kosmetyki czy np. śpiwory. Resztę rzeczy każdy będzie mógł trzymać w swoim plecaku (bagażu podręcznym).


Nocleg za darmochę
Kolejna sprawa – noclegi. Skoro to wypad „po kosztach”, to nie warto wykupywać miejsc w hostelu, co z pewnością za bardzo nadszarpnęłoby budżet. Couchsurfing.com umożliwia wyszukiwanie bezpłatnych zakwaterowań. Wystarczy się zalogować i poszukać ludzi, którzy oferują noclegi w Paryżu w swoich domach/mieszkaniach. Nie dość, że nie nic nie zapłacisz, to jeszcze poznasz ciekawe osoby. A może nadarzy się okazja, że i Ty przenocujesz kiedyś tych ludzi podczas ich wizyty w swoim mieście?

Kilka dni wcześniej
Nie ukrywajmy – w Paryżu wszystko jest drogie. Także podstawowe artykuły spożywcze (chleb kosztuje ok. 2-3 euro, dlatego warto jeść bagietki za 0,80 euro), nie mówiąc już o fast-foodach (hot-dog 2,5 euro, kanapka w barze 4 euro). Dlatego nic nie zaszkodzi, jeśli kupisz w Polsce trochę jedzenia, np. zupki chińskie. Koniecznie zabierz jakiś prezent dla osób, u których będziesz mieszkać (najlepiej „coś polskiego”, np. słodycze polskiej marki lub po prostu rodzimą wódkę zakupioną na bezcłówce). Zabierz minimum 100-120 Euro. Teraz już tylko czekaj i żyj tym, że za niedługo zobaczysz jedno z najpiękniejszych miast w Europie.

No to lecimy!
Nie zapomnij dokumentów ani adresów osób, u których będziesz nocować i ich numerów telefonów. Na lotnisku warto być dużo wcześniej.
Zaraz po wylądowaniu wykonaj telefon do osoby, u której będziesz nocować. Być może zaproponuje, że po Ciebie przyjedzie, jeżeli nie, to musisz udać się pociągiem do Paryża. W stolicy Francji są trzy lotniska: Charles de Gaulle, Orly oraz Beauvais Tille. Niezależnie od tego, na którym porcie wylądujesz, musisz kupić bilet na kolej RER, aby dostać się do „właściwego” Paryża. To koszt kilku-kilkunastu euro. Ceny wahają się w zależności od długości trasy. Pamiętaj, aby odłożyć potrzebne pieniądze na powrót na lotnisko, z którego polecisz do Polski. Koniecznie udaj się do kasy biletowej, aby kupić bilet na metro. Najlepiej nabyć kartę tygodniową (koszt około 25 euro). Wtedy będziesz mógł poruszać się metrem bez ograniczeń. A to na pewno się przyda: miasto jest ogromne! Nie zapomnij zabrać też mapki metra (noś ją zawsze przy sobie, podobnie jak mapę miasta!).

Spać gdzieś trzeba
Czas na znalezienie miejsca, w którym będziesz mieszkać (a raczej: tylko spać). Może akurat się okaże, że osoby, u których nocujesz, mają kilka dni wolnych i oprowadzą Cię po mieście i np. zabiorą na fajną imprezę. Jeśli nie – nic straconego.
W pierwszej kolejności musisz zobaczyć Wieżę Eiffla. Zdecyduj, czy chcesz zobaczyć panoramę miasta z wieży w dzień czy w nocy (większość osób uważa, że lepsza jest ta druga opcja). Koszt wjechania na górę to 7 euro. Wrażenia – oczywiście bezcenne.



Zwiedzanie czas zacząć
Czas na poważne zwiedzanie. Najważniejsze punkty do zobaczenia (oprócz Wieży) to oczywiście Muzeum Luwr (wstęp 7 euro), katedra Notre-Dame (wejście bezpłatne), bazylika Sacre Coeur (wejście bezpłatne), Les Invalides – m.in. miejsce pochówku Napoleona (wstęp ze zniżką 6,5 euro), Centre Georges Pompidou – oryginalny budynek, w którym znajduje się muzeum sztuki współczesnej oraz centrum kultury (bilet na wystawy: kilkanaście euro, za 2,5 euro można zobaczyć panoramę miasta). Potem jest jeszcze Łuk Triumfalny, czyli pomnik upamiętniający francuskie zwycięstwa, Aleja Pól Elizejskich, czyli najpopularniejsza ulica Paryża, Rue de Rivoli – ulica handlowa z luksusowymi sklepami (wystawy obejrzeć może przecież każdy), Place de la Bastille – miejsce, w którym stała Bastylia, Père-Lachaise (tu warto kupić mapkę, koszt 1 euro, można odwiedzić groby np. Fryderyka Chopina, Edith Piaf czy Jima Morissona) i oczywiście Moulin Rouge (wstęp… 150 euro! Warto więc przynajmniej pospacerować ulicą, przy której znajduje się czerwony młyn). Po intensywnym zwiedzaniu pozostaje Ci już tylko odpoczynek w malowniczych miejscach, takich jak Lasek Buloński czy Pole Marsowe.
Wieczorem oczywiście impreza. Niestety, wstęp do wszystkich klubów jest bardzo drogi, od osoby jest to ok. 15-20 euro (w cenie jest jeden drink). Jeżeli jesteś atrakcyjną dziewczyną, to czasem miły uśmiech do ochroniarza w wejściu wystarczy, aby wejść bez opłaty. Taka opcja dla chłopaków jednak odpada.

Ostatni dzień
Dokładnie zorientuj się, jak dojechać na lotnisko (specjalnym autobusem albo pociągiem). Potem pozostaje Ci już tylko lot do Polski i zderzenie z szarą rzeczywistością po beztroskiej labie.
I jeszcze jedno: Paryż z pewnością nie jest przereklamowany. Tam po prostu trzeba polecieć!
                                                                                             Autor: Agata Olejniczak

Sylwia i Dagmara zwiedziły Paryż za 100 Euro dwa lata temu.  

                                                   Sylwia i Dagmara

Sylwia Wróbel: Pomysł na studencki wyjazd do Paryża nasunął mi się, kiedy z koleżanką znalazłyśmy ofertę na tanie bilety. Kto nigdy nie marzył o kilku dniach w mieście zakochanych? Chętnych nie trzeba było długo szukać. Poleciliśmy w dziesięć osób na podbój Paryża, mając po około 100-120 euro w kieszeni. Spaliśmy w czterech miejscach u bardzo miłych ludzi. Całymi dniami zwiedzaliśmy miasto, a wieczorami bawiliśmy się pod Wieżą Eiffla. Trafiła nam się boska pogoda. W Polsce padał wtedy śnieg i było bardzo zimno, a w Paryżu było 20 stopni i mnóstwo słońca! Wykorzystywaliśmy to podczas odpoczynku od zwiedzania w przepięknych parkach i zakątkach miasta. Gdzie wybieramy się następnym razem? Do Barcelony!

Dagmara Marcinek: Mam wspaniałe wspomnienia. Na początku oczywiście był ogromny stres. Przylecieliśmy do Paryża i tak naprawdę nie byliśmy pewni, czy będziemy mieli, gdzie spać. Okazało się potem, że to 100 euro to jednak bardzo mało, ale dzięki darmowym noclegom daliśmy radę! Z początku czułam się zagubiona, Paryż jest taki ogromny! Nie udało nam się wejść do żadnego klubu. Kwota za wstęp nas przerosła, ale nie żałuję. I tak bawiliśmy się świetnie.

27 marca 2012

Fenomen Angry Birds

Angry Birds to fenomen, a zarazem casus gry, która rodząc się w wirtualnym świecie, bardzo szybko zagościła w "realu" w formie zabawek i gadżetów. Aktualnie, mając na koncie 700 mln pobrań jest jednym z najbardziej piorunujących sukcesów w branży developerów gier mobilnych i PC.


 

Wściekłe Ptaki w natarciu

Co sprawiło, że Angry Birds stało się fenomenem? Na sukces gry składa się wiele czynników, ale głównym i najistotniejszym z nich jest jej jakość. Sama gra nie jest zasadniczo odkrywcza, jednak dopiero firma Rovio, połączyła podstarzały pomysł z doskonałą jakością, tworząc produkt bliski doskonałości. Wyjątkowa jakość, dobrze pojęta prostota, ale też fakt, że gra jest skierowana tak dla dzieci jak i dla starszych graczy, kobiet czy mężczyzna, zagwarantowało produkcji, wykroczenie daleko poza komputery czy telefony.

Rys fabuły jest przedstawiony w postaci krótkiego filmiku animowanego, gdzie tytułowym ptakom, skradziono wysiadywane przez nie jajka. Za kradzieżą stały podstępne świnie, które postanowiły zjeść z nich omlet; wkurzone ptaki, ruszają w pogoń za złodziejami, którzy jeszcze nie spodziewają się jak bardzo rozjuszyli naszych pierzastych bohaterów. Jak widać fabuła jest banalna i tak naprawdę jest pretekstem do dobrej zabawy, o którą przede wszystkim chodzi. W grze używamy procy i wystrzeliwujemy za jej pomocą ptaki, w różne struktury, by zniszczyć ich przeciwników – wspomniane, zielone świnie. Gameplay jest równie banalny jak i fabuła, przynajmniej w teorii; wraz z kolejnymi poziomami, skala trudności rośnie i to znacząco. Najlepsze gry strategiczne online są aktualnie równie popularne.

(Angry Birds - filmik promocyjny)

Sukces gry, zmienił małą fińską firmę Rovio w potężnego, liczącego się gracza na rynku developerskim; Angry Birds jest w tej chwili jedną z najbardziej rozpoznawalnych marek na rynku gier. Mimo, że gra została wydana, ledwie pod koniec grudnia 2009, już pod koniec 2011 pojawiła się oficjalna informacja, że zagości niebawem w kinach, jako film animowany. Ekranizacje gier to pewien kulturowy fenomen, a wypadku ptaków, mamy do czynienia z czymś więcej, ponieważ odwrotnie niż z reguły, film animowany zostanie oparty o grę. Co z tego wyniknie? Być może Disney i Pixar już czują się zagrożone?

Ptactwo w kosmosie

22 marca 2012 pojawiła się kolejna odsłona Angry Birds w postaci Angry Birds Space, w której ptaki pojawiają się w przestrzeni kosmicznej! Przy podobnych założeniach i fabule (znowu te świnie), gra oferuje przede wszystkim rodzaje baniek grawitacyjnych, które znacznie wpływają na zachowanie ptaków podczas lotu. Czy ptaki zauroczą? Czy gra okaże się sukcesem? Czas pokaże, jednak Rovio, wróżę kolejnej części spory sukces choćby dlatego, że większość z graczy z ciekawości sprawdzi zmiany i innowacje zaprezentowane w kolejnej części.

26 marca 2012

Utalentowany Pan Ripley to przy nim grzeczny chłopiec

Niepozorny emigrant z Niemiec przez ponad 30 lat udawał brytyjskiego arystokratę, producenta filmowego i spadkobiercę rodu Rockefellerów. Wierzyły mu amerykańskie elity, prominentni finansiści, znawcy sztuki, a nawet własna żona. W przyszłym roku opuści więzienie.

AP Photo/ Essdras Suarez for Boston Globe
Ta historia jest tak nieprawdopodobna, że nawet najlepsi scenarzyści z Hollywood nie są w stanie jej przebić. Nie zdarzyła się w odległych czasach, a na przestrzeni ostatnich 30 lat, gdy służby mogą namierzyć właściwie każdego, jeśli tylko dana osoba wykona telefon lub użyje karty kredytowej. Jak to możliwe, że ten niezbyt urodziwy, pochodzący z przeciętnej rodziny, mężczyzna jest autorem najdłuższego oszustwa w dziejach?

Serialowy arystokrata

Clark Rockefeller w rzeczywistości nazywał się Christian Gerhartsreiter i wychował w małym, bawarskim miasteczku. W wieku 18 lat wyemigrował do Stanów, gdzie rozpoczął snucie pajęczyny kłamstw, manipulacji i wcielania się w kolejne osobowości. Choć nie miał wykształcenia, a arystokratycznych manier nauczył się z telewizyjnego serialu, zdobywał kolejno zaufanie zarówno gospodyń domowych, jak i „rekinów” z Wall Street. Przez 30 lat, ten piekielnie inteligentny miłośnik filmów Hitchcocka, zjednywał sobie ludzi na najwyższych szczeblach, przechwalając się znajomościami w kręgach hollywoodzkich, rządowych i pokrewieństwem z brytyjską rodziną królewską. Najwięksi znawcy sztuki zachwycali się jego, fałszywą w rzeczywistości, kolekcją dzieł sławnych malarzy i nonszalancją w stosunku do milionów dolarów ich rzekomej wartości. Podając się za spadkobiercę rodziny Rockefellerów poślubił Sandrę Boss – milionerkę i finansistkę. Żonę podporządkował sobie nie tylko emocjonalnie, bardzo szybko przejął także zarządzanie jej pieniędzmi.

Kolejne wcielenie

Nigdy nie posiadał konta w banku, nie miał karty kredytowej ani prawa jazdy. Nigdy też nie przedstawił żony swojej rodzinie, ani nie dołożył centa do luksusowego życia jakie prowadził. Mimo to, dopiero po 15 latach, Sandra powiedziała dość i rozwiodła się z mężem. Clark, z tęsknoty za córeczką (nad którą opiekę sprawowała matka), knuje następną intrygę. Przygotowując sobie grunt pod kolejne oszustwo i nowe wcielenie, decyduje się na porwanie dziewczynki.


 Zdolny do wszystkiego

Ujęty przez FBI w 2008 roku, nie przyznał się do popełnianych czynów, nadal brnął w kłamstwa oraz powoływał się na swoje szerokie koneksje w kręgach rządowych. Po aresztowaniu udzielił także kilku wywiadów, m.in. dla „The Boston Globe”. Badania psychologiczne i psychiatryczne nie wykazały u niego żadnych odchyleń od normy.„Clark Rockefeller” przebywa obecnie w więzieniu, które, zgodnie z wyrokiem sądu, może opuścić w przyszłym roku. Sądzony jest także w sprawie o morderstwo młodego małżeństwa z Kalifornii, które zniknęło w dziwnych okolicznościach w trakcie pobytu Clarka (który podawał się akurat wtedy za  kuzyna brytyjskiej królowej) w ich miasteczku.

Historię Clarka opisał szczegółowo Mark Seal – znany reporter „Vanity Fair”. W trakcie skrupulatnego dziennikarskiego śledztwa spotkał się z ponad 200 osobami, które padły ofiarą genialnego oszusta. Wyniki swojej pracy opublikował w książce The Man in Rockefeller Suit.


Justyna Skrzypek

24 marca 2012

Twitter w edukacji?


Twitter w edukacji?

fot. Fanie! / flickr.com
Grupa studentów siedzi w sali wykładowej. Przed nimi chciałoby się rzec - telewizory i to w dodatku włączone. To komputery. Wszyscy studenci zalogowani są na Twitterze. Profesor prowadzący grupę również. Rozpoczyna się egzamin. Mają 60 sekund na odpowiedź i tylko 140 znaków...

Mikroblogerzy są wśród nas

Z badań agencji social media Think Kong i serwisu badawczego StudentsWatch.pl wynika, że 65 proc. internautów tworzy własne treści, które później publikuje m.in. w serwisach społecznościowych. Co więcej, 85 proc. dzieli się materiałami znalezionymi w internecie z innymi. – Większość ludzi to właściwie mikroblogerzy. Regularnie polecają, udostępniają, piszą. – komentuje Norbert Kilen z Think Kong [Prawie dwóch z trzech internautów tworzy własne treści]. Dla nauczyciela oznacza to, że mikroblogi mają potencjał edukacyjny. Oczywiście, w moim odczuciu, sens posłużenia się mikroblogami w edukacji ma zastosowanie w pracy z uczniami szkół średnich lub ze studentami. Młodsi również blogują, niemniej jednak na początku edukacji może to być dla nich trudne zadanie. Wyciąganie wniosków i myślenie konkretne (zawarte w 140 znakach lub 160 znakach w przypadku BLIP-a) łatwiej przychodzi uczniom starszym.

Komunikacja na Twitterze

Paul Levinson, autor książki „Nowe nowe media”, opisuje portale społecznościowe pod kątem edukacji. O Twitterze napisał, że jego rewolucyjny charakter polega na maksymalnym skróceniu czasu dzielącego myśl i zapis wiadomości od jej adresatów. Twitter, jego zdaniem, to połączenie komunikacji interpersonalnej z komunikacją masową. Komunikacja interpersonalna jest precyzyjna i dwukierunkowa (nadawca może przekształcić się w odbiorcę i odwrotnie), natomiast komunikacja masowa ma szeroki zasięg i jest jednokierunkowa (jeden podmiot wysyła wiadomość wielu odbiorcom jednocześnie). Klasa jest jedną z przestrzeni, gdzie może się odbywać komunikacja interpersonalna, jak i masowa. Levinson pisze, że kiedy prowadzi wykład, a studenci go słuchają to jest to komunikacja masowa, ale jeśli student zada pytanie, a on na nie odpowie, wtedy przechodzą w tryb komunikacji interpersonalnej. Twitter jego zdaniem przenosi zasadę, która rządzi klasą czy salą wykładową na skalę globalną. Wiadomości w Twitterze mogą pełnić funkcje edukacyjne, czyniąc wymianę informacji grupa-jednostka tak łatwą, jak wymiana jednostka-grupa. Jak wykorzysta to nauczyciel czy wykładowca to już kwestia indywidualnych zainteresowań. Pytanie tylko, czy w ogóle zechce?

Jak zastosować mikroblogi w edukacji?

Jednym z przykładów wykorzystania Twittera w edukacji jest pomysł opisany w leadzie. Czy możemy sobie wyobrazić taki egzamin? Owszem. Jak się okazuje można zadawać pytanie na Twitterze i oczekiwać konkretnej odpowiedzi. Bez przysłowiowego „lania wody”. Albo znasz odpowiedź, albo nie, a przy okazji jest ciekawie. Forma egzaminu może być oczywiście łagodna lub bardziej rygorystyczna. Może to być również forma zaliczenia - dowolność pozostawiam kreatywnemu nauczycielowi. Każdy pomysł jest wartościowy. Z doświadczenia wiem, że studenci reagują na taką formę egzaminu raczej zaciekawieniem niż strachem czy zniechęceniem. Innym pomysłem, jest przykład opisany w książce Aleksandry Pezdy pt. „Koniec epoki kredy”. Na jednej z amerykańskich uczelni nauczycielka historii stoi przed kilkudziesięcioosobową grupą. Trwa dyskusja o segregacji rasowej i walce o równouprawnienie. Uczniowie w dwu-trzyosobowych grupach zerkają w ekrany laptopów lub telefonów komórkowych. Za nauczycielką znajduje się ekran, a na nim zapis dyskusji toczącej się równolegle na Twitterze. Oczywiście są to trudne zajęcia do przeprowadzenia, ale dające możliwość wypowiedzenia się wszystkim, nawet tym, którzy nie mają siły przebicia, są nieśmiali lub po prostu nie mogą być obecni na danym wykładzie. Ciekawym zastosowaniem BLIP-a czy Twittera może być też próba relacjonowania za ich pomocą wycieczek bądź wydarzeń szkolnych, wykładów czy konferencji. W jednym wątku możemy zebrać szereg informacji na dany temat, a także wywołać ciekawą dyskusję bogatą w argumenty. Jak to wygląda w rzeczywistości? Mikroblogi nadal rzadko wykorzystywane są w edukacji. W Polsce zdarzają się konferencje z wykorzystaniem Twittera (jak choćby debata o ACTA) i to jest już krok w przód. Zwolennikiem wykorzystania mikroblogów w edukacji jest Witold Kołodziejczyk – redaktor naczelny miesięcznika „Edukacja i Dialog”, a także twórca szkoły Collegium Futurum, gdzie młodzi ludzie uczą się za pomocą nowoczesnych technologii i narzędzi multimedialnych. Witold Kołodziejczyk początkowo promował szkołę właśnie na mikroblogu – BLIP- ie.




Collegium Futurum na BLIP-ie

Witold Kołodziejczyk jest również jedną z nielicznych osób, która na mikroblogu polecała książki warte przeczytania oraz zamieszczała zdjęcia z wykładów. Takich nauczycieli niestety nadal jest niewielu.





Z profilu Witolda Kołodziejczyka – BLIP


Umarł król, niech żyje król?

Wiele osób uważa, że era mikroblogów odeszła już w zapomnienie, a wraz z nią wszelkie próby wykorzystania ich w edukacji. Może jednak nie warto się poddawać? Każde narzędzie w edukacji jest dobre. Potrzebni są tylko kreatywni nauczyciele. Młodzi ludzie nadal tweetują. To, czy nauczyciel wykorzysta niewykorzystane szanse zależy wyłącznie od niego. Mikroblogi mogą być zastosowane w sposób przemyślany w edukacji. Nie powinny być nadużywane, ale powinno się wykorzystać naturalną zdolność uczniów do używania tych narzędzi. Co ważne, te narzędzia nic nie kosztują, a kształcą one przydatną umiejętność precyzowania swoich myśli, udzielania krótkich i rzetelnych informacji, a także pozytywnie wpływają na interakcję między użytkownikami. Krótkie formy, jak pisze Levinson, stanowiły zawsze część nas samych i żaden system edukacyjny tego nie wyprze, a uczniowie chętnie będą z nich korzystać.

Tekst jest lekko zmodyfikowaną wersją artykułu "Twitter w edukacji?", napisanego dla socjomania.pl.

Katarzyna Blak

15 marca 2012

Nie takie sushi straszne. Obalamy 5 mitów dotyczących sushi.


Popularność sushi w Polsce stale rośnie, dookoła coraz więcej restauracji serwujących to danie rodem z kraju kwitnącej wiśni. Jednocześnie wielu
z nas wciąż omija je szerokim łukiem z obawy przed nieznanym. Sprzyjają temu mity, które narosły wokół sushi. Spróbujmy się z nimi zmierzyć
i odczarować kulinarne tabu.

TRUDNE MIŁEGO POCZĄTKI


Jeszcze do niedawna również i mną wzdrygało na samą myśl, że miałabym włożyć do ust surową rybę. Pierwszym skojarzeniem na myśl o sushi była „pulpa” ryżu, nie koniecznie zachęcający zapach oślizgłej ryby, wreszcie glony nie wiadomego jakiego pochodzenia wyglądające jak sprasowana trawsko. Krewetki złowieszczo na mnie zerkały a kawior był niczym innym jak rybim jajem. Dlaczego ludzie wariują na punkcie dania o wątpliwych walorach smakowych, może to chwilowa moda, przemijający trend? Kto wie, może do dziś tkwiłabym w błogiej niewiedzy, ze wstrętem do tego co nieznane gdyby nie prozaiczna sytuacja…kolacja niespodzianka z inicjatywy mojego męża.


Można by rzec, że zostałam postawiona przed faktem dokonanym kiedy dotarliśmy na miejsce i tym miejscem nie okazała się być ukochana dotychczas włoska restauracja. Czego się nie robi dla miłości…
 
Usiedliśmy przy barku, w centrum którego „mistrz ceremonii” zwany sushi master na naszych oczach przygotowywał porcje. Cały ten „spektakl”, który dział się tu i teraz na naszych oczach jawił mi się jako tajemna sztuka, do poznania której zapewne potrzebny jest 10 dan i sensei, który może nas wprowadzić w ten świat. Drewniane deseczki niczym łódeczki wypełnione apetycznie wyglądającymi kawałkami „pulpy” z ryżu wolno przesuwały się dookoła, tak aby każdy mógł uzbrojony w pałeczki lub własne palce wyłowić dla siebie jakiś smakowity kąsek. Nieudolnie chwyciłam pałeczki w rękę i nabrałam pierwszy kawałek, zamoczyłam go w sosie, smarując uprzednio lekko wasabi (przyglądając się bacznie innym ludziom żeby nie zrobić z siebie pośmiewiska). Wreszcie udało mi się osiągnąć cel, włożyłam cały kawałek do ust. Surowa ryba jest delikatna, miękka, ryż rozpływa się w ustach, glony mają lekko morski posmak. Klątwa została zdjęta i już wiem, że sushi to jest właśnie to co tygryski lubią najbardziej. Tak rozpoczęła się moja przygoda z sushi…
 
Ale, ale do rzeczy…Poniżej 5 mitów dotyczących sushi.
  1. ODCZAROWAĆ MIT SUROWEJ RYBY
Sushi to nic innego jak porcje ryżu z różnymi dodatkami. Niesłusznie utożsamiane tylko i wyłącznie z surową rybą. Tymczasem, "hulaj dusza piekła nie ma", możemy skomponować sobie sushi wedle własnego uznania i własnych preferencji smakowych. Zapewne w tym miejscu odezwą się ortodoksyjni wyznawcy sushi, dla których nieodzownie wiąże się ono z „surowizną”. Można i tak ale nie mniejszą przyjemność sprawi nam sushi z wędzonej ryby albo z dodatkami wegetariańskimi, tylko od naszej inwencji zależy jaki smak ostatecznie osiągniemy. Ja zaliczam się do drugiej kategorii, którą nazwałam na własne potrzeby  sushi ninja, ludzi, którzy lubią eksperymentować, lubią łączyć różne smaki i nie zamykają się w jakiś schematach. 

RADA: Jeśli zdecydujesz się na sushi z surową rybą, zwracaj uwagę na to aby składniki, których używasz były świeże, zawsze informuj sprzedawcę, do jakich celów potrzebujesz ryby, to działa!

  1. SUSHI JEMY TYLKO PAŁECZKAMI
W wolnym tłumaczeniu oznaczałoby to, że w mniemaniu statystycznego Kowalskiego wymaga to zdolności wręcz ekwilibrystycznych albo z pogranicza magii. Tymczasem sushi równie dobrze można spożywać używając do tego celu swoich palców. Ważne jest, aby jeść je na raz, w jednym kawałku, to podyktowane jest poniekąd techniczną kwestią jaką jest forma sushi. Nadgryzienie kawałka mogłoby spowodować, że rozpadnie się w drobny mak i pozostanie nam bliżej nieokreślona breja. Zdarzyło mi się jednak jeść tak duże kawałki sushi, że musiałabym mieć paszczę lwa żeby je pochłonąć w całości.

RADA: Nie rezygnuj z pałeczek, operowanie nimi w gronie znajomych potrafi być naprawdę świetną zabawą. Z czasem dojdziesz do wprawy i będziesz potrafił wyłowić ziarenko ryżu z sosu (rzecz jasna z obawy przed marnotrawstwem).
 
 
  1. SUSHI POPIJAMY SAKE
Nic bardziej błędnego! Prosta zasada mówi aby nie łączyć produktów tej samej kategorii czyli w tym przypadku dania z ryżu z alkoholem na bazie ryżu. Do sushi najczęściej podawana jest zielona herbata, względnie woda mineralna, chodzi o to aby smak napoju był w miarę neutralny i nie stłumił delikatnego smaku sushi.

RADA: Jeśli chcesz podać do sushi alkohol, niech to będzie wino (może być dedykowane do sushi, znajdziesz je w marketach na dziale kuchnie świata).
 
  1. WYKONANIE SUSHI JEST ARCYTRUDNE
Rolowanie sushi, nakładanie składników jawi się dla wielu jako sztuka magiczna wymagająca nie lada wprawy. Tymczasem skala trudności jest niemal taka jak przy przygotowaniu pizzy (chyba że jemy mrożonkę z pudełka). Oczywiście wymaga to kilku prób ale żadnych szczególnych zdolności manualnych.

RADA: Korzystaj w trakcie pierwszych prób z filmików, które można znaleźć w sieci np. na Youtoube, powstało już sporo poradników, które ułatwią ci pierwsze kroki.
 


  1. SUSHI JEST DROGIE
Stale rosnąca ilość nowych restauracji wymusiła poniekąd na konkurencji wyważenie cen i za zestaw kilku kawałków zapłacimy już od ok. 25zł. Aby móc się delektować sushi nie trzeba wcale korzystać z drogich restauracji, powstały już sieci oferujące dowóz sushi do domu , w stylu Sushi Express czy Daily Sushi.  Najtaniej jednak będzie samemu zrobić sushi w domu. To wcale nie takie trudne a kilka groszy zostaje w kieszeni. 

RADA: Specjalny ryż do sushi kupisz już nawet w marketach. Dla początkujących są nawet gotowe zestawy, wraz z instrukcją. Pozostałych niezbędników warto poszukać na serwisach aukcyjnych, ceny nori, makisu są tu wielokrotnie niższe niż w sklepach.

Podsumowując, chyba nie takie sushi straszne jak nam się wydaje. Kulinarnych poszukiwaczy zachęcam zatem do spróbowania i przełamania bariery niepewności. Dajcie się uwieść smakowitym kawałkom „pulpy” z ryżu. Parafrazując pewne przysłowie swoje już znacie pora poznać cudze!

AUTORKA
Izabela Kapuściarz (sushimajtek w tematyce sushi ;-)